Powodem robotniczego buntu była ogłoszona przez premiera PRL Piotra Jaroszewicza drastyczna podwyżka cen żywności. Mięso miało zdrożeć o 69 proc., nabiał – 50 proc., warzywa – 30 proc., a cukier aż o 100 proc. Podwyżkę zapowiedziano wieczorem 24 czerwca 1976 r. Nazajutrz w szeregu polskich miast robotnicy porzucili pracę. Najpoważniejsze protesty miały miejsce w województwach: warszawskim, radomskim, elbląskim, łódzkim, gdańskim i szczecińskim. W obawie przed rozlaniem się fali strajkowej władze ograniczyły łączność telefoniczną i teleksową. Mimo to, strajki ogarnęły blisko sto zakładów na terenie 24 województw, a pracę przerwało około 70-80 tys. ludzi. Tylko jednak w Radomiu, Ursusie i Płocku robotnicy wyszli na ulice, co doprowadziło do starć z milicją, zniszczeń i śmierci dwóch manifestantów.
Czerwiec w kontekście Grudnia
Gdański protest miał inny charakter. Tutejsi robotnicy dobrze pamiętali masakrę z grudnia 1970 r. Bojąc się prowokacji Służby Bezpieczeństwa, woleli nie wychodzić na miasto i rozpoczęli strajk okupacyjny. Do strajku przystąpiło 10 tys. pracowników Stoczni Gdańskiej im. Lenina, oraz część załóg ZREMB-u, BUDIMOR-u i Zakładu Remontowo Montażowego Wojewódzkiego Związku Spółdzielni Mleczarskiej w Pruszczu Gdańskim. W niektórych innych zakładach załogi podjęły pracę, lecz ostentacyjnie zwolniły jej tempo.
Przed południem 3 tys. wzburzonych robotników otoczyło dyrekcję Stoczni Gdańskiej. Domagali się wyjaśnień i spotkania z przedstawicielami władz. Dyrektor Klemens Gniech bezskutecznie nawoływał ich do powrotu do pracy. Reszta załogi pozostała w tym czasie na swoich wydziałach. Do stoczni przybył I sekretarz KW PZPR Tadeusz Fiszbach i wicewojewoda Jan Mariański.
Rozpoczęto rozmowy. Fiszbach zaczął swoje wystąpienie niefortunnym zwrotem „towarzysze”:
„Tłum odpowiedział mu jednomyślnie: nie jesteśmy towarzyszami, jesteśmy obywatelami, towarzysze to jesteście wy, biurokraci, ludzie dyktatury”
– czytamy w relacji opublikowanej nieco później przez emigracyjne pismo „Aneks”. W słownym starciu z rozgoryczonymi robotnikami reprezentantom władz zabrakło argumentów. Ich przemówienia były przerywane gwizdami i gniewnymi okrzykami. Manifestanci żądali cofnięcia podwyżek i przybycia do Gdańska Edwarda Gierka. Narzekali na braki w zaopatrzeniu, trudne warunki mieszkaniowe i uciążliwą pracę. Postanowili kontynuować strajk i zorganizować kolejny wiec w dniu następnym.
Gierkowski krok wstecz
Jeszcze 25 czerwca rząd ugiął się pod presją robotniczych manifestacji:
„Towarzysze, pomyliliśmy się w ocenie nastrojów społeczeństwa”
– stwierdził w rozmowie ze współpracownikami Gierek. Wieczorem Jaroszewicz odwołał zapowiedzianą przez siebie dzień wcześniej podwyżkę. Zrobił to jednak w sposób pokrętny, ani słowem nie wspominając o strajkach. Jednocześnie, na uczestników protestów spadły „ciche” represje. SB poddała ich inwigilacji, a z pracy zwolniono niemal sto osób, głównie pracowników Stoczni Gdańskiej.
Władza robiła dobrą minę do złej gry. Wycofanie podwyżki ukazano w reżimowych mediach jako efekt „konsultacji” ze społeczeństwem i przykład skutecznego działania „socjalistycznej demokracji”. Na polecenie Gierka, w całym kraju zaczęto organizować wiece poparcia dla partii i rządu. Jak łatwo się domyślić, w telewizji przedstawiano je jako zupełnie spontaniczne. W rzeczywistości były one starannie reżyserowane, a w KC PZPR ustalano nawet kolejność wystąpień poszczególnych mówców.